Szwecja. Jak było, jest i będzie?

Żyjemy w dobie post-prawdy i fałszywych newsów. Z pewnością wielu czytelników zastanawia się więc, czy kraj, który do swojego PR-u przywiązuje tak wielką wagę, jak Szwecja, jest w informacjach na swój temat wiarygodny. I vice versa – czy media zagraniczne przedstawiają Szwecję w świetle prawdy? Czy Sztokholm naprawdę jest światową stolicą gwałtu? Czy istnieje realne zagrożenie wojny domowej i rozpadu państwa? A może jest tak, jak mówią niektórzy polscy wieszcze i Szwecja już nie istnieje?

Pozwolę sobie zacząć, jak mój wybitny przedmówca, dr Mentzen – od dawki historii.

Jakie są źródła szwedzkiego państwa multi-kulti?

W latach 50. rządzący Szwecją socjaldemokraci rozpoczęli swój wielki projekt, który nazwali Folkhemmet – Domem Ludowym. Projekt ten miał zmienić dotychczasowe życie Szwedów pod każdym względem. Zmieniono organizację pracy, życia społecznego, a nawet mieszkania. Szwedzi mieli stać się małą rodziną, w której każdy członek dokłada się do wspólnego dobra. Projekt ten odniósł pełny sukces – mentalność szwedzka zmieniła się dokładnie tak, jak chcieli tego Socialdemokraterna. Stąd właśnie pochodzą wszystkie mocne punkty, czy też cechy szwedzkiego państwa i społeczeństwa, które są rozgłaszane w całym świecie. Na podstawie tego dobrze przemyślanego państwowego marketingu udało się postawić w każdym okcydentalnym domu stolik szwedzkiej Ikei, wyjechać w szeroki świat superbezpiecznym szwedzkim Volvo i wprawić w ruch niezliczoną ilość maszyn z pomocą łożysk kulkowych szwedzkiej SKF. Na podstawie tego marketingu cały świat bawił się przy Abbie, a niedawno – przy The Knife, Basshunterze czy Avicii.

Państwo przychodzi ze wsparciem zawsze, niezależnie od faktycznych potrzeb obywatela.

Z pomocy społecznej korzystają wszyscy. Zasiłki na dzieci bierze robotnik i milioner, z dodatku mieszkaniowego korzysta imigrant i pracownik korporacji, z darmowego in vitro korzysta kobieta-biskup i żona rolnika.

Skąd na to wszystko pieniądze?

Szwecji i innych krajów skandynawskich nie byłoby na to wszystko stać, gdyby nie pewne głęboko liberalne, kapitalistyczne rozwiązanie: zakładanie firmy w Szwecji jest lekkie, proste i przyjemne, a dzięki reformie językowej z lat 50. pisma urzędowe pisane są takim językiem, żeby zrozumiał je bez trudu nawet uczeń podstawówki. Wprawdzie duże korporacje nie mają w Szwecji łatwego życia, ale sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest bardzo mocno wspierany przez politykę państwa. Miłość Szwedów do tej luki, jaką jest pełna wolność gospodarcza dla każdego była tak wielka, że gotowi byli o nią walczyć z monarchami, którzy w XVIII i XIX wieku starali się objąć gospodarkę władzą absolutną. Jednak kapitalizm zwyciężył nad interwencjonizmem. Dzięki wolności gospodarczej swoją małą pracownię założył niejaki Ericsson. Tak, ten Ericsson, od późniejszego koncernu telefonicznego Ericsson i Sony Ericsson. Podobnie stało się z małą manufakturą produkującą samochody, zwane później Volvo. Tak, to Volvo, które jako pierwsze wprowadziło pasy bezpieczeństwa. I wreszcie – dzięki tej wolności gospodarczej założył swoją małą firmę Ingvar Kamprad – w młodości członek faszystowskiej młodzieżówki, na starość – właściciel jednej z największych firm na świecie i dumny mieszkaniec Szwajcarii, gdzie przeprowadził się z powodu… wysokich podatków w swojej ojczyźnie.

A teraz już głębiej – ad rem. Od jakiegoś czasu jesteśmy straszeni obrazkami ze Szwecji, na których islamiści palą szwedzkie flagi, a na ulicach trwają zamieszki. Czy więc naprawdę jest tak, że Szwecja pod naporem imigrantów przestaje istnieć i upada?

Nie.

Szwecja ma się dobrze i nic nie wskazuje na to,  żeby miało się w tym temacie wiele zmienić. Pomimo problemu ekonomicznego, jaki stanowi utrzymanie imigrantów, Szwedzi nie odczują w ciągu kilku najbliższych lat znaczącego pogorszenia swojej sytuacji ekonomicznej. Bogactwo, które zdołali zakumulować w ciągu ostatnich 25 lat od wolnorynkowych reform początku lat 90. Dopiero zaczyna się wyczerpywać i przy obecnej koniunkturze gospodarczej to wyczerpywanie będzie trwać jeszcze długie lata, aż do następnego kryzysu.

Czy wtedy nastąpi upadek Szwecji?

Nie.

Szwedzi pokazali, że w chwili kryzysu potrafią mimo wszystko myśleć trzeźwo – pod koniec lat 80. doszło do dużego kryzysu ekonomicznego, z którym państwo szwedzkie poradziło sobie najbardziej naturalnym sposobem, czyli obniżką podatków. Zabieg ten dał ponowny impet gospodarce, która swój szczyt w tym cyklu osiągnęła na początku XXI wieku. Obecnie wydolność gospodarki spada, ale wciąż jest na niezłym poziomie.

Czy w takim razie coś w ogóle przez ten czas się zmieni?

Prawdopodobnie tak. Obecnie trwa długi marsz Sverigedemokraterna, partii otwarcie antyimigranckiej, która jako jedyna otwarcie mówi o konkretnych rozwiązaniach mających powstrzymać napływ imigrantów. Jednak program gospodarczy jest bardzo podobny do wszystkich innych liczących się partii w Szwecji, a mianowicie „jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie”. Szwedzcy Demokraci nie planują w sposób istotny zmieniać ustroju gospodarczego. Krótko mówiąc – jeśli SD wygrają wybory, to prawdopodobnie sytuacja będzie podobna, jak w USA po wygranej Donalda Trumpa. Zaczną się gwałtowne protesty środowisk lewicowych, ale gospodarka państwa będzie funkcjonować mniej więcej tak, jak przedtem. Tak więc jeśli chodzi o samą pozycję i stabilność Szwecji jako państwa – nie zmieni się nic.

Czy zatem istnieje zagrożenie wojny domowej i rozpadu państwa?

Nie, zdecydowanie nie. Szwedzi są narodem od dwu wieków żyjącym w pokoju i wychowywanym w duchu respektu, uprzejmości i empatii. Protesty z pewnością nie będą tak gwałtowne, jak w USA, społeczeństwie wychowywanym w duchu rywalizacji, pewności siebie i „dobrej” agresji. Nie dojdzie do wojny domowej, nie dojdzie do rozpadu państwa.

A co z imigrantami?

Newsy w mediach zawsze są mniej lub bardziej wyolbrzymione. Owszem, zdarzają się w Szwecji zamieszki, palenie samochodów, istnieją obszary, do których lepiej się nie zapuszczać. Nie znaczy to jednak, że Szwecja płonie. Fakt, że związek zawodowy ratowników medycznych zażądał wyposażenia wojennego nie oznacza, że trwa tam wojna – w Polsce agresja wobec ratowników zdarza się często i nikt nie żąda z tego powodu kamizelek kuloodpornych. To po prostu różnica w mentalności społeczeństwa – bezpieczeństwo jest dla Szwedów jednym z istotniejszych aspektów życia.

I na koniec ostatnie pytanie – czy Sztokholm rzeczywiście jest stolicą gwałtu?

Tak i nie – ponownie dochodzi do głosu medialna manipulacja danymi. W Sztokholmie istotnie zgłasza się średnio jeden gwałt na dzień. Pamiętajmy jednak, że w krajach arabskich zgłoszenie gwałtu nie mając przy tym jego świadków grozi ukamienowaniem zgłaszającej. W Polsce ofiara gwałtu często jest poddawana ostracyzmowi. W Szwecji tego ostracyzmu nie widać, co nie znaczy, że nie istnieje. Opinie szwedzkiego społeczeństwa na kontrowersyjne tematy nie są jednoznaczne – wbrew pozorom nie jest to wcale społeczeństwo jednomyślne i ultratolerancyjne. Natomiast głęboko rozwinięta jest autocenzura, stąd pozorne poczucie zrozumienia i tolerancji, które jest pożywką dla formacji socjaldemokratycznych także poza granicami Szwecji. Jak pisał von Mises – socjaliści usilnie starają się wykazać, że wprowadzenie socjalizmu nie jest możliwe, bowiem ludziom brak jest rzekomych cnót, których w postawach ludzkich wymaga socjalizm, gdy tak naprawdę powody są zupełnie inne.

Ale o czym się nie mówi…

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *